|
Rozmowa z Mariolą Kosowicz
Wpływ niepełnosprawności na funkcjonowanie człowieka może być różny. Zależy od tego, jak dana osoba reaguje na to, co się w jej życiu wydarza.
– Jaka jest sytuacja większości?
Bardzo trudna. Przedstawię to na przykładzie stomii. To okaleczenie jest nie tylko sprawą estetyki. Człowiek od maleńkości jest poddany treningowi czystości. W naszej kulturze oznacza on, że potrzeby fizjologiczne są załatwiane w określony sposób. Nauczono nas, że TO powinno być robione do nocnika, TO powinno być skryte przed naszymi oczami. Na świecie robi się nawet muszle klozetowe bez półek – żeby człowiekowi oszczędzić widoku jego kału – co jest błędem! – żeby było czysto i bezzapachowo.
– Czy ma znaczenie, w jakim momencie życia wydarzy się niepełnosprawność?
Oczywiście. To kwestia wieku, wielu sytuacji życiowych, okresów rozwojowych. Na przykład młody człowiek wchodzi w okres fazy usamodzielniania się, dopiero próbuje sił w mierzeniu się z problemami dorosłości (praca, założenie rodziny) i w tym momencie doświadcza urazu, choroby, na skutek których z osoby zdrowej, prężnej staje się osobą niepełnosprawną. Następuje kryzys tożsamości: kim jestem?, jak mam żyć? Niemniejsze problemy dotyczą ludzi starszych, którzy wchodzą w okres życia związany z zakończeniem aktywności zawodowej, słabszym zdrowiem, ograniczeniem możliwości życiowych. Dodatkowe ograniczenia, wynikające z niepełnosprawności, jeszcze bardziej naruszają poczucie bezpieczeństwa, a nawet tożsamości. Człowiek, który nie ma kończyny lub nie trzyma moczu, czasem zupełnie sobie nie radzi z zaburzonym wizerunkiem samego siebie. Pewien pacjent skarżył się: „Mam 58 lat i żona mi mówi, że mam nosić pieluchę. Czy ja niemowlak jestem?!”
– Ale niepełnosprawność chyba zawsze oznacza pewne wykluczenie.
Rzeczywiście. Chociaż robi się wiele, żeby niepełnosprawni czuli się lepiej, nie można powiedzieć, że ich problemy są rozwiązane – nawet jeśli znamy nie jedną, lecz 500 osób, które „radzą sobie” z niepełnosprawnością. Jeśli człowieka szufladkuje się i stygmatyzuje poprzez chorobę lub niepełnosprawność, to jest on w pewien sposób wykluczony.
– A grupy wsparcia?
– Rzeczywiście, organizujemy ludziom grupy wsparcia . Ale nie wszyscy z tego korzystają. Jedni nie wierzą w działanie takich grup, inni nie mają odwagi lub nie wiedzą, że mogą, a jeszcze inni znajdują inne formy pomocy.
Trzeba od razu powiedzieć, że nasze możliwości są ograniczone. Nie dokonamy cudu. Ale przede wszystkim musimy zaoferować realną pomoc, pamiętając, że niepełnosprawność jest związana z ogromnym lękiem co do społecznej oceny chorego przez innych. To nieprawda, że wszystkich akceptujemy. Po prostu do pewnych rzeczy nie jesteśmy przygotowani i nie jesteśmy w stanie tego POKONAĆ. Częsty wątek rozmowy z psychologiem: ktoś ma chorą mamę. Idzie do niej na urodziny. Ma świadomość, że ona rękoma, którymi sobie opatruje stomię, przygotowuje poczęstunek. Mój rozmówca wyznaje, że ma odruch wymiotny, prosi mnie o pomoc i poradę, jak to w sobie przezwyciężyć, jak się zachować.
– Czy pomoc psychologiczna jest zawsze potrzebna?
Specjaliści twierdzą, że kryzys powinien być rozwiązany w ciągu sześciu tygodni, są jednak sytuacje, np. choroba przewlekła, kiedy przybiera on postać chroniczną. Prof. Pilecka, psycholog kliniczny z UJ, opisała problem kryzysu psychologicznego w książce „Kryzys Psychologiczny. Wybrane zagadnienia”. Radzenie sobie z przewlekłym kryzysem wymaga od człowieka ciągłej pracy nad problemami wynikającymi z poszczególnych etapów choroby, utraty pozycji człowieka sprawnego itp. Im większa i bardziej podporządkowująca życie chorego niepełnosprawność, tym bardziej jest on zmuszony uczyć się w jakimś sensie żyć od nowa. W pamięci pozostaje jednak tamten świat sprzed choroby. Człowiek przeżywa żałobę po swojej sprawności, marzeniach i wszystkim tym, co utracone. Taki stan jest naturalną reakcją na stratę, problem jednak polega na tym, jak długo człowiek w nim pozostanie. Każda niepełnosprawność, która narusza najbardziej podstawowe potrzeby człowieka: biologiczne, fizyczne, poruszania się, orientacji czy inne związane z normalnym funkcjonowaniem, powoduje utratę poczucia bezpieczeństwa. Jeśli potrzeby fizjologiczne, wiążące się z biologicznością, są zaspokojone, można realizować inne potrzeby. Dopóki tak nie jest, człowiek popada w panikę lub depresję…
– Powiedziała pani: „niepełnosprawny i jego rodzina”.
Podczas spotkania grupy wsparcia w Sopocie pewien starszy pan powiedział: „Jestem taki szczęśliwy, że pani rozumie, że my jako rodzina niepełnosprawnego możemy mieć problem, kiedy nasi bliscy mają problem…”
– Statystyki mówią o 5 milionach osób niepełnosprawnych w Polsce. Ta liczba szokuje i dziwi. Nie widać na ulicy, żeby co siódmy Polak był niepełnosprawny…
Osobnicy „inni” otrzymują wiele negatywnych komunikatów zwrotnych, toteż wolą unikać kontaktów. W ludziach czai się naturalny lęk przed innością. Odrzucają ją być może dlatego, że nie wiedzą, jak się zachować. Więc nie dzwonią, nie pytają, nie umieją pomóc (np. niewidomemu przejść przez ulicę). Obserwuję, że nawet psycholodzy mają z tym problem. Społeczeństwo trzeba uwrażliwiać, ale nie przez jednorazowe akcje. Musi to być
– Czy media są sojusznikiem?
No cóż… Kiedyś zabiegałam o publikację materiału o kobietach ze stomią w dużym ogólnopolskim piśmie kobiecym, ale pani redaktor uznała, że to niemiły temat – i nie ma dobrego czasu, żeby o nim mówić: wiosna nie, bo wszystko kwitnie, lato nie, bo urlopy, jesień nie, bo depresyjna i trudno czytelników dodatkowo przygnębiać, zima nie, bo święta. Wyjątkiem był artykuł w „Polityce” pt. „Ludzie z planety Stomia”. Sam tytuł był wymowny: rzeczywiście, ci niepełnosprawni są jak przybysze z innej planety.
– Co mogą zrobić specjaliści, żeby interesy niepełnosprawnych były uwzględnione i żeby państwo nie miało pokusy oszczędzania np. na sprzęcie stomijnym czy na aparatach słuchowych? Niepełnosprawni po opuszczeniu placówek często giną nam z oczu. W swoich domach przeżywają ogrom tragedii, o jakich nie wie ani minister, ani urzędnicy, którzy liczą słupki. Marzy mi się „okrągły stół” specjalistów, urzędników i dysponentów pieniędzy. Oni powinni posłuchać tych, którzy żyją z niepełnosprawnością, i tych, którzy zawodowo się nimi zajmują. Trzeba wysłuchać niepełnosprawnego człowieka i od niego samego dowiedzieć się, czego potrzebuje. Nie wystarczy magiczne myślenie, że przecież COŚ robimy. Spotkanie grupy wsparcia raz w miesiącu nie wystarcza – to tak, jakbyśmy jedli raz w miesiącu.
Materiał prasowy przygotowany przez Stowarzyszenie „Dziennikarze dla Zdrowia“ na warsztaty informacyjno-szkoleniowe pt. „Niepełnosprawni w Polsce – XXI wiek, czy średniowiecze?”, czerwiec 2011 r.
źródło: Agencja Reklamowa Deva sp. j.
Data dodania: 2011-07-02 00:03:38
Data modyfikacji: 2011-07-02 00:06:33
KomentarzeBądź pierwszym komentującym ten materiał. |
|
||||||
|
||||||||
| UNIA EUROPEJSKA Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. ![]() |
||||||||