szukaj
Materiały filmowe Zobacz więcej
DSC_2085

DSC_2085

Data: 10.01.2011

W najnowszym numerze
W najnowszym numerze
REKLAMA
szukaj

Powstańczy szpital w teatrze

Mojej drogiej koleżance ze szkoły, Ani Jabłkowskiej, ofiarowuję te wspomnienia, pisane w roku 2005 w maju i czerwcu dla zatrzymania w pamięci tego, co tak dawno bezpowrotnie minęło.

 

Ulegając namowom przyjaciół, pomimo swojego wieku (ukończyłam już 90 lat), postanowiłam opisać krótki, ale oryginalny epizod z Powstania Warszawskiego, w którym brałam udział.
 

Jesienią 1942 r. ukończyłam Warszawską Szkołę Pielęgniarstwa, która powstała w 1921 r. z inicjatywy Ignacego Paderewskiego, dzięki Fundacji Rockefellera.

 

Po zdaniu końcowych egzaminów zostałam skierowana do pracy w prywatnej, pożydowskiej lecznicy na ulicy Chmielnej, gdzie nadzór merytoryczny z ramienia Izby Lekarskiej i, jak się okazało, nie tylko, pełnił doktor Niklewski.

 

Po niecałych 2 latach, dzięki jego pomocy udało mi się uniknąć wywiezienia do Rzeszy i zatrudnić w prywatnej lecznicy u zbiegu ulic Żelaznej i Chłodnej, przygotowując się jednocześnie, dzięki mojemu opiekunowi, do działania w ruchu oporu.

 

Organizowanie szpitala
Pierwszego sierpnia 1944 r. znalazłam się na ulicy Pańskiej, w mieszkaniu matki mojego drugiego męża, poślubionego parę miesięcy wcześniej. Przyniosłam tu cenną zdobycz: 10 kg kupionego okazyjnie cukru.

 

Po krótkim ostatnim pożegnaniu mamy wybiegliśmy z mężem na ulicę, niedługo przed godziną „W", żeby zdążyć do naszego mieszkania na ulicy Mokotowskiej 15, gdzie przez 3 lata udało mi się zgromadzić na polecenie dr. Niklewskiego sporo materiałów opatrunkowych z myślą o takiej chwili, jaka właśnie nadeszła.

 

Po drodze spotykaliśmy patrole z noszami spieszące na swoje posterunki i już słyszeliśmy strzały.

 

Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, mieszkańcy naszego i sąsiednich domów wznosili barykady od strony Placu Zbawiciela i ulicy Polnej.

 

Ja musiałam zatrzymać się w bramie, żeby przy pomocy zebranych tam przechodniów przetransportować rodzącą kobietę do mieszkania dentystki, gdzie bardzo szybko przyszedł na świat chłopczyk.
 

Mąż udał się od razu do emerytowanego pułkownika, doktora Miszewskiego, naszego sąsiada, który otrzymał od Czerwonego Krzyża wszystkie potrzebne dyspozycje do zorganizowania szpitala polowego w domu parafialnym na Mokotowskiej 13, gdzie teraz ma swoją siedzibę Teatr Współczesny.

 

Księża z Kościoła Zbawiciela zdążyli przygotować spore zapasy suchego prowiantu w pomieszczeniu będącym obecnie widownią teatru.

 

Po kilku dniach patrole wolontariuszy, podlegające mojemu mężowi, przeniosły z zakonspirowanych magazynów leki, sprzęt chirurgiczny oraz wszystko, co było potrzebne nie tylko do udzielania pierwszej pomocy, ale nawet do przeprowadzania zabiegów operacyjnych.

 

Sterylizacja była zapewniona w przedwojennej prywatnej lecznicy „Sano" na ulicy Lwowskiej, do której nasze patrole i pielęgniarki-wolontariuszki przechodziły podkopami przez piwnice.
 

Ponieważ szpital znajdował się w dzielnicy, gdzie nie toczyły się walki, w ciągu dnia panował spokój.

 

Naszymi rannymi byli broniący barykad żołnierze AK i okoliczni mieszkańcy, udający się pod osłoną nocy na Pole Mokotowskie, gdzie w ogródkach działkowych poszukiwali warzyw i wszystkiego, co nadawało się do zjedzenia.
 

Na odcinku ulicy Marszałkowskiej od Placu Zbawiciela do Placu Unii Lubelskiej nie było walk, a żołnierze niemieccy przechodząc koło kościoła Zbawiciela od strony plebanii, zaglądali w nasze okna.

 

Niespodziewana wizyta
Któregoś spokojnego poranka, w pierwszych dniach Powstania, kiedy nasz szpital był już zorganizowany, w drzwiach sali opatrunkowej stanął oficer niemiecki i poprosił mnie o zrobienie mu opatrunku.

 

Ochłonąwszy z wrażenia, zapytałam po francusku: ou est cette blessure? (gdzie jest ta rana?), bo w języku niemieckim znałam tylko komendy, jakich Niemcy używali w czasie łapanek.

 

Okazało się, że jako opatrunek wystarczył mały gazik i kawałek plastra na zagojoną już bliznę pooperacyjną. Następnie oficer ten poprosił, żeby zaprowadzić go do „sztabs arcta" (fonetycznie tak to brzmiało).

 

Dzięki dobrze funkcjonującym przejściom przez piwnice przedostanie się do sąsiedniego budynku na drugie piętro, gdzie mieszkał doktor Miszewski, zabrało tylko parę minut.

 

Po dłuższym czasie pan komendant zjawił się w sali opatrunkowej, mówiąc z uradowaną miną:

 

„Przedstawiam siostrze pana Hansa Gűtle, śpiewaka operowego z Wiednia, który poprosił mnie, żebym go wziął w niewolę. Ma już dosyć tej wojny i nie chce brać udziału w zabijaniu Polaków.

 

Ustaliliśmy wspólnie, że dostanie cywilne ubranie i będzie pełnił obowiązki fryzjera-golibrody dla naszych chorych".

 

Problemy aprowizacyjne
No i tak to się zaczęło.

 

Kiedy zbliżał się 15 sierpnia, przedwojenne święto Wojska Polskiego, i dowiedzieliśmy się, że ma u nas wystąpić Mieczysław Fogg, Hans poprosił o eleganckie ubranie, ponieważ chce zaśpiewać parę arii po włosku.

 

Niestety, nie mogłam być na tym koncercie, bo sale chorych były zorganizowane w prywatnych mieszkaniach przy ulicy Jaworzyńskiej. Wiele zachwytów usłyszałam jednak od moich wolontariuszek.
 

Po początkowej euforii i wierze w nadejście pomocy i nadziei na zwycięstwo nastawały dni straszne.

 

Nasze patrole przemierzały podkopami duże odległości w poszukiwaniu żywności, której zapasy szpitalne i prywatne były na wyczerpaniu.

 

Dwa króliki, przywiezione z wakacji, przetrwały na balkonie prawie do końca, ale zostały zjedzone przez sąsiadów lub może obcych przybyszów, kiedy nasza gosposia Helenka w czasie ostrzału z ciężkich dział, zwanych „krowami”, przybiegła do mnie, zostawiając otwarte mieszkanie.

 

Było to już w drugim miesiącu beznadziejnych walk, na chroniących nas barykadach, już po wycofaniu się kanałami walczących i ludności cywilnej ze starego Miasta i innych dzielnic.

 

Nieliczne zrzuty z samolotów alianckich dostawały się przeważnie w ręce niemieckie. Wtedy to naczelne dowództwo Powstania zdecydowało wycofać obrońców naszych barykad.

 

Rozkaz dotarł do walczących, ale nie do kierujących patrolami wolontariuszy.

 

Mój mąż nie wiedział na przykład, na co je naraża, wysyłając nad Wisłę, do magazynów browaru Haberbucha po jęczmień.

 

Zmielony w młynkach do kawy, zalany wodą ze studni wykopanej w podwórku, „okraszony" musztardą i spadającymi do talerzy muchami był jedynym posiłkiem w ciągu dnia.

 

Pomimo ściskającego żołądek głodu nie mogłam przełknąć tej „zupy". Ratowało mnie popijanie co jakiś czas łyków czerwonego wina z butelki ofiarowanej mi przez jakiegoś chłopca z patrolu.

 

Z rozpaczliwego i beznadziejnego nastroju zostaliśmy jednak wyrwani przez Hansa.

 

Przebywając w pokojach z rannymi, zauważył, że patrole sanitarne AK zabierają swych rannych kolegów z ulicy Jaworzyńskiej i pozostawiają nas bez obrony barykad. Hans wiedział, co spotyka ludność cywilną w opuszczonych przez powstańców dzielnicach lub „zdobytych" przez Niemców szpitalach, i postanowił popełnić samobójstwo.

 

Nie pamiętam już, kto się o tym dowiedział i kto pierwszy znalazł go w sali opatrunkowej, do dziś mam jednak w oczach Hansa leżącego na podłodze i księdza usiłującego wyrwać mu z dłoni brzytwę i jakoś go obezwładnić.

 

Zobaczywszy co się dzieje, rzuciliśmy się na pomoc. Mąż złapał go za ręce, ja upadłam na drgające konwulsyjnie nogi Hansa, zapominając o zaawansowanej już ciąży, i tak dotrwaliśmy w głuchej ciszy do rana.

 

Przez całą noc nie usłyszeliśmy ani jednego wystrzału, a przez wszystkie poprzednie strzelanina prawie nie ustawała.

 

Cisza tamtego poranka jest we mnie i teraz, kiedy piszę te słowa… I ten niepokój, co z nami się stanie....
 

Dopiero koło południa zjawili się nasi obrońcy z wiadomością, że odwrót z tego posterunku został odwołany i mamy tu wytrwać do końca.

 

Zanim ten bolesny moment nastąpił, przeżyliśmy na Mokotowskiej jeszcze około dwóch tygodni. Brakowało już wszystkiego: jedzenia, wody, opatrunków i sił.

 

Każdy jednak wypełniał swoje obowiązki, jak mógł. Hans, starając się ukryć niepewność o swój los, usiłował pomagać wolontariuszom snującym się jak cienie między rannymi.
 

Wreszcie nadszedł dzień kapitulacji i oznajmiono przez głośnik (tzw. szczekaczkę) warunki, na jakich mają być odprowadzeni do punktów zbornych jeńcy.

 

Do wyraźnie przerażonego Hansa podszedł nasz komendant i powiedział do niego (w tłumaczeniu): No Hans, prasuj spodnie, czyść buty, bo odstawimy cię z honorami do punktu zbornego, który znajduje się w szpitalu na ulicy Nowowiejskiej.
 

Trzeba było widzieć ten błysk w oczach Hansa, prostującą się postawę i zapał, z jakim się zabrał do wykonywania poleceń.

 

W tym samym czasie dwóch chłopców z patrolu, najlepiej się jeszcze prezentujących, szykowało flagi: białą i czerwonokrzyską.

 

Z mieszanymi uczuciami żalu, podzięki i niepewności asystowaliśmy przy wymarszu owej trójki, nie mogąc się nadziwić dziarskiej, nawet butnej minie Hansa.

 

Minęło kilka godzin, zaczęło się już ściemniać, kiedy na pozbawioną barykad ulicę zajechały trzy niemieckie wojskowe ciężarówki.

 

Z dwóch bezpośrednio na jezdnię, gdzie leżały jeszcze resztki padłego konia, wysypano kalafiory i marchewkę.

 

Do trzeciej podbiegłam z moimi pomocnicami, podstawiając niezbyt czyste fartuchy pod bochenki „prawdziwego” chleba. Cała ta akcja przebiegała bardzo szybko.

 

Ciężarówki odjechały bez słowa wyjaśnienia, ale my byliśmy pewni, że te bezcenne dary otrzymaliśmy od Hansa, który widocznie był oficerem od zaopatrzenia.

 

Przygotowania do ewakuacji
Warszawa już dogorywała. Co jakiś czas słychać było wybuchy towarzyszące wysadzaniu w powietrze domów, powietrze przesycone odorem spalenizny i niepogrzebanych zwłok dusiło w gardle.

 

W tej koszmarnej scenerii nasz szpital miał jednak spełnić jeszcze jedno ważne zadanie.

 

Dotrzeć do inwalidów, starców i chorych, pod adresy pozostawione u nas przez opiekunów, którzy musieli ich opuścić.

 

W niedługim czasie dotarła do nas wiadomość, że razem z chorymi zostaniemy wywiezieni pociągiem sanitarnym w niewiadomym kierunku.

 

Pomimo bardzo złego stanu zdrowia, może pod wpływem instynktu samozachowawczego, zaczęłam myśleć, jak się przygotować do tego, co nas czeka.

 

Perspektywa powiększenia się naszej rodziny dodała mi sił i ukierunkowała moje działania.

 

Z pomocą Helenki przytaszczyłam z piwnicy duży, XIX-wieczny kufer i zaczęłam pakować do niego to, co wydało mi się najpotrzebniejsze.

 

Trochę ubrań na nadchodzącą zimę, pościel, adamaszkowe obrusy wyprawne mojej Mamy, które miałam nadzieję na wsi wymienić na żywność.

 

I to co służyło do wykonywania naszych zawodów: dla mnie strzykawki, sterylizatory, trochę drobnych narzędzi opatrunkowych, maszynkę do ciętych baniek i bańki, puszkę do sterylizacji, którą mam do dziś, a dla męża maszynę do pisania firmy AERO.

 

Korzystając z dużej ilości miękkich materiałów, pozawijałam w nie trochę artystycznych przedmiotów ze szkła.

 

Portrety dziadków zostały na ścianie, portret Mamy, malowany przez Lentza, wycięłam z ram i umieściłam pod wiekiem kufra.

 

Długo patrzyłam na dzieło Rodina: przepiękną rzeźbę rybaka siedzącego na skale z harpunem w ręku.

 

Zmieściłaby się w kufrze, ale była bardzo ciężka i na pewno nie dałoby się jej wymienić na wsi na chleb czy kartofle.

 

Pociąg sanitarny
Pewnego dnia bez uprzedniego powiadomienia zjawiły się samochody ciężarowe i zaczęła się ewakuacja szpitala. Najpierw zabrano chorych, a na ostatku personel.

 

Przejazd na kolejowy dworzec towarowy był straszny, nie do opisania, nawet po tylu już latach.

 

Po kilku dniach oczekiwania na obiecany pociąg sanitarny, bez jedzenia i picia, wreszcie doczekaliśmy się podstawienia wagonów towarowych, z piętrowymi drewnianymi łóżkami, z piecykiem zwanym kozą i nawet basenami.

 

Po krótkim czasie jazdy zatrzymaliśmy się w szczerym polu.

 

Była to okazja do nawiązania kontaktu z pozostałymi pracownikami szpitala i otrzymania czegoś do jedzenia od okolicznej ludności, która dzieliła się z nami tym, co miała.

 

Koło południa, w czasie dłuższego postoju, zaobserwowaliśmy naszych lekarzy rozmawiających z niemiecką eskortą, wśród której było kilku oficerów. Po tej rozmowie pociąg szybko ruszył.

 

Dalsza jazda odbyła się już bez zatrzymywania, i to w tempie ekspresowym – wieczorem znaleźliśmy się na rampie dworca w Krakowie.

 

Po przeładowaniu nas na ciężarówki i szybkiej jeździe zostaliśmy wysadzeni przed budynkiem, w którym poddano nas razem z bagażami dezynfekcji w oparach jakiegoś duszącego gazu.

 

Okazało się bowiem, że na ostatnim postoju nasi lekarze „mądre głowy" zawiadomili eskortę, że wśród znajdujących się w pociągu chorych stwierdzili przypadek tyfusu.

 

Niemcy panicznie bali się epidemii tej choroby, więc dzięki temu zbawiennemu kłamstwu nasz „szpital w teatrze" przetrwał jeszcze parę miesięcy w domu akademickim na ulicy Łobzowskiej, gdzie 20 marca 1945 r. przyszedł na świat mój syn.

 

Po wkroczeniu do Krakowa wojsk radzieckich personel lekarski, sanitariuszki pielęgniarki, mężczyźni z patroli, zostali przewiezieni do Wrocławia i włączeni do pracy w jednym ze szpitali, gdzie historia „naszego szpitala" dobiegła końca.
***
Ja po kilkunastu latach pracy w swoim zawodzie mogłam powrócić do Warszawy, gdzie do emerytury w 1976 r. zajmowałam odpowiedzialne stanowiska w nadzorze i administracji służby zdrowia.
 

Dom, w którym do Powstania mieszkałam przez 25 lat, został zrównany z ziemią, ale sąsiedni, dawniej parafialny, pod nr. 13 ocalał i jest obecnie siedzibą Teatru Współczesnego.

 

Z zawieruchy wojennej ocalał również wraz z zawartością mój stary kufer, który przygotowałam, szykując się do ewakuacji szpitala.
 

Zofia Węgrzecka

Data dodania: 2009-04-10 10:30:05
Oceń
  • Currently 1.5/5 Stars.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyślij znajomemu
Wyślij znajomemu
Wpisz adres e-mail osoby, do której chcesz wysłać informacje.

Informacja

Zaloguj się aby dodać komentarz.



REKLAMA
 
 
ISSN 2083-7852
Projekt i realizacja
UNIA EUROPEJSKA

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.