Pielęgniarki Położne

Nursing.com.pl - Wirtualny magazyn pielęgniarki i położnej

Logowanie

 
Przeszukaj serwis
szukaj
Dializa domowa
Przeszukaj serwis
szukaj

Ciężka noc

Przychodzę na 20.30 na mój pierwszy dyżur na oddziale „medical”. Jest to taka nasza interna. Jak wynika z raportu, pacjenci są przeważnie w „terminal condition”, to znaczy z przewlekłymi chorobami, w podeszłym wieku.

 

Przy większości nazwisk pielęgniarka podaje informacje DNAR – do not actively resuscitate, lub NFR – not for resuscitation. Oba skróty znaczą to samo: w przypadku zatrzymania krążenia lub oddechu pacjent nie będzie reanimowany.  

 

Na odcinku, który ja dostaję, większość pacjentów jest jednak stabilnych i pielęgniarka schodząca życzy mi spokojnej nocy. Na oddziale jest 19 pacjentów. Ja mam pod opieką dziewięcioro, koleżanka, przesympatyczna Filipinka – dziesięcioro.

 

Każda z nas rzuca się w wir pracy. Do północy wszystko powinno być ogarnięte, a mamy naprawdę mnóstwo pracy: leki, kroplówki, antybiotyki dożylne, zmiana pościeli. Wiem, to tylko 9 pacjentów, w porównaniu z polskimi oddziałami nie jest to dużo, ale jestem tutaj pierwszy raz, o wszystko muszę pytać, szukać i to zabiera mi najwięcej czasu.

 

Poza tym tutaj jest trochę inny system pracy. Zanim podam leki, każdemu pacjentowi sprawdzam parametry, poprawiam łóżko itp. Dochodzi północ, a ja z pracą w lesie. Ok. 1.00 robię ostatni dożylny, uff, i mam nadzieję na łyk herbaty. Rozmawiając z pacjentką, której podaję antybiotyk, słyszę na korytarzu szybkie kroki...

 

Pielęgniarka Filipinka podaje mi historię choroby jednej z moich pacjentek, która pojechała na RTG sprawdzający, czy nowo założona sonda żołądkowa jest na miejscu. Pacjentka ma guza mózgu, jest w dość ciężkim stanie. Jest reanimowana w rentgenie i jest potrzebny ktoś z oddziału, kto ją zna i udzieli wszystkich potrzebnych informacji zespołowi reanimacyjnemu.  

 

Nie mam pojęcia, gdzie jest rentgen. Care assistant pokazuje mi, którą windą mam jechać i gdy drzwi się zamykają, jeszcze krzyczy za mną, gdzie mam wysiąść i w którą stronę iść. Szpital jest największym szpitalem w Irlandii Północnej, naprawdę łatwo się zagubić. Trochę jestem w szoku, wszystko dzieje się tak szybko, że nie mam kiedy zebrać myśli. Wiem tylko jedno: jestem ostatnią osobą, która powinna tam jechać...  

 

Jakoś udaje mi się dotrzeć na miejsce. Od razu zostaję zasypana gradem pytań, a głównie, czy pacjentka jest do reanimacji czy nie. Tego akurat nie wiem, tę informację pielęgniarka zdająca dyżur pominęła. Lekarka zaczyna szukać w długiej historii choroby. Dzielimy się tym – ja szukam na prawej stronie, pani doktor na lewej... Jest to dla mnie dziwne, pacjentka ma zaburzenia oddychania, a oni się zastanawiają, co z reanimacją!  

 

Nie udaje nam się znaleźć tego, czego szukamy. Mówię tylko, że z tego, co mi przekazano wiem, że mąż pacjentki jest przeciwny odstąpieniu od reanimacji. Wielokrotnie okazywał niezadowolenie z braku postępów w leczeniu, nie dopuszczając do siebie myśli, że jego żona jest w tak ciężkim stanie, że nie ma dużych szans. Kilka razy był agresywny wobec personelu i usuwany z oddziału przez ochronę szpitala.  

 

W trakcie resuscytacji jeden z lekarzy kontaktuje się z mężem pacjentki. Ma on przybyć jak najszybciej, ale z miasteczka oddalonego od Belfastu o półtorej godziny jazdy. W tym czasie stan pacjentki polepsza się na tyle, że oddycha samodzielnie, parametry poprawiają się. Mam zabrać ją na oddział, nic więcej nie da się zrobić.  

 

Pada pytanie o przeniesienie chorej na OIOM, ale anestezjolog odmawia. Podaje powody humanitarne – w takim stanie powinniśmy zapewnić pacjentce raczej godną śmierć niż przedłużać jej cierpienia. Po ponad dwóch godzinach spędzonych w rentgenie zabieram łóżko z pacjentką na oddział. Pomaga mi ochroniarz. Przez następne minuty i godziny nie dzieje się nic szczególnego.

 

Sprawdzam parametry, pacjentka ma podłączoną kroplówkę, założoną rurkę nosowo-gardłową i maskę, przez którą dostaje stuprocentowy tlen. Po jakimś czasie dzwoni do mnie pielęgniarka, którą spotkałam w rentgenie, pyta, czy wszystko w porządku, proponuje pomoc w razie czego. Rzadko tutaj się zdarza coś takiego, jestem więc jej bardzo wdzięczna. Najczęściej każdy jest zajęty swoimi sprawami i pacjentami.  

 

Na oddział przychodzi dwóch lekarzy na wypadek przyjazdu męża pacjentki; znają go i wiedzą, czego można się spodziewać. Tymczasem mężczyzna, który wchodzi na oddział, ma łzy w oczach, jest przygarbiony. Widać, że naprawdę cierpi. Wita się z nami i po krótkiej rozmowie z lekarzami wchodzi do izolatki, gdzie leży jego żona.  

 

Staram się nadrobić zaległości w pracy, dokańczam ten nieszczęsny antybiotyk, który musiałam przerwać. Moja koleżanka z oddziału jest zbyt zajęta, żeby pracować na moim odcinku. Przygotowuję antybiotyki na szóstą rano, jest już po czwartej. Piszę raporty. Nie ma szans na chwilę przerwy, jedna z care assistant podaje mi kubek kawy. O matko, jak mi dobrze...  

 

Przez pierwszą godzinę co 20-30 minut sprawdzam parametry mojej pacjentki. Lekarz, który został na oddziale, mówi, że mogę na razie tego nie robić, stan jest stabilny. Mamy dać rodzinie spokój, być może to ostatnie ich wspólne chwile (przyjechały też dzieci pacjentki). Dobrze, bo robi się ranek, muszę już się brać za poranne zlecenia oraz toalety.  

 

Bardzo szybko nadchodzi 7.45, pojawia się dzienny staff. Pierwsze pytanie, które słyszę, to czy zrobiłam dożylne antybiotyki na 10.00, bo tu jest taki zwyczaj, że nocna pielęgniarka je podaje. Nie, nie zrobiłam, bo po pierwsze nie wiedziałam o tym, po drugie i tak nie miałam czasu...  

 

No cóż, zostawiam nienapisane jeszcze raporty i lecę robić te antybiotyki. Tutejsza procedura każe nam sprawdzać każdy dożylny lek z drugą pielęgniarką. Największym dla mnie problemem jest w tej chwili znalezienie kogoś, kto ze mną to zrobi. Moja koleżanka z nocy zdaje raport na swoim odcinku, a moja nowa zmiana nie zaczęła jeszcze pracować. W końcu oddziałowa lituje się nade mną. Pot leci mi ciurkiem po plecach.  

 

Wreszcie zdaję mój raport. Widzę zdziwienie, że taka akcja miała w nocy miejsce. Ta pacjentka była naprawdę stabilna (na ile to możliwe w jej stanie) i szykowana do wypisu do domu opieki. Jedna z pielęgniarek mówi, że szkoda, że nie powiedziałam im wcześniej, że miałam taką ciężką noc. Dla mnie nie ma to już znaczenia, chcę dokończyć raport i iść do domu...

 

Stoję na przystanku. Belfast powoli budzi się do kolejnego dnia. Typowy tutejszy zamglony poranek. Wiatr miesza się z wilgocią, która chyba zawsze wisi w powietrzu, a ja nie mogę przestać myśleć o wydarzeniach nocy...  

 

Katarzyna Trzpiel

Oceń
  • Currently 1.5/5 Stars.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyślij znajomemu
Wpisz adres e-mail osoby, do której chcesz wysłać informacje.

Informacja

Zaloguj się aby dodać komentarz.



Kampania "Nie krêpuj siê - zerwij z milczeniem"
1_Program_Dźwięki_Marzeń

1_Program_Dźwięki_Marzeń

Data: 02.08.2010

Projekt i realizacja
UNIA EUROPEJSKA

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.