|
|
|
Nursing.com.pl - Wirtualny magazyn pielęgniarki i położnej |
|
|
|
|||
![]() |
Druga rocznica
W Belfaście znowu jesień. Po lecie, którego nie było, tegoroczne ulewy były najbardziej obfite od kilkudziesięciu lat. Dni robią się coraz krótsze, noc zapada niespodziewanie szybko, a to wszystko przypomina mi, że niedługo minie drugi rok mojej pracy i życia w Belfaście.
Czy pamiętacie mój pierwszy list? Często przypominam sobie drogi z lotniska w Warszawie, przez Londyn, aż na lotnisko George Best w Belfaście. Wstyd się przyznać, ale wtedy nie wiedziałam kim był George Best! W głowie kołatało się tylko kilka wyczytanych w internecie wiadomości, z wśród nich ta, że Belfast to miasto bomb i przemocy...
Pisząc moje listy z Belfastu chcę Wam przybliżyć, jak wygląda życie w tym odległym od Polski o ok. 2500 km miejscu. Jak widzicie, nie jest tak niebezpiecznie, a sławne bomby należą do czarnych kart historii.
Często wracam myślami do różnych sytuacji i do poznanych ludzi. Spotkania z nimi są najcenniejszym i najważniejszym doświadczeniem. Pamiętacie pacjentów, o których pisałam we wcześniejszych listach?
Na przykład Elizabeth – po amputacji wszystkich kończyn z powodu sepsy meningokokowej. Elizabeth w szpitalu była na granicy depresji. Odmawiała współpracy z rehabilitantami, czemu trudno było się dziwić, zważywszy na ogrom jej cierpienia, niegojące się rany, nie mówiąc o najcięższej dla niej – utracie nóg i rąk.
Elizabeth po wypisie ze szpitala została otoczona najlepszą możliwą opieką. Powoli jej stan się poprawiał, szczególnie psychiczny. Zmieniło się też nastawienie do rehabilitacji. Dziś próbuje chodzić z protezami, prawdopodobnie dostanie też kosmetyczne protezy rąk.
Opisywałam też Joy, moją pierwszą „nauczycielkę” angielskiego. Niezwykle otwarta i serdeczna mimo niegojącej się rany po operacji biodra, nieodstępującego bólu, z amputowaną w stawie biodrowym nogą. Od tego czasu Joy straciła też drugą nogę.
Amputacja była zabiegiem ratującym życie po kolejnej sepsie. Joy po powrocie do domu doczekała się drugiego wnuka, ale też niestety odleżyn na pośladkach. W ciągu roku była kilkakrotnie hospitalizowana z powodu infekcji układu moczowego. Jest z naszym oddziałem w kontakcie i najważniejsze, że jej wola życia jest ciągle tak samo silna jak w czasie, kiedy opiekowaliśmy się nią.
A pacjent, którego nazywałam Garry, ten od komiksowej kroniki oddziału? Odwiedza nas przy okazji kontrolnych wizyt w Regional Disability Service. Zawsze tryska humorem, biega na swoich nowych nogach, podpierając się własnoręcznie wykonaną laską z rączką w kształcie głowy kaczki. Zawsze roztacza wokół siebie entuzjazm i humor.
Czasem zagada do pacjenta świeżo po amputacji lub oczekującego na nią. Pokazuje swoje protezy. Zdejmuje je, by pacjent mógł potrzymać, przymierzyć do swojej nogi. Po prostu udowadnia, że amputacja nie musi oznaczać utraty, pozwala powrócić do aktywnego życia, często o lepszej jakości niż przed amputacją (pacjenci zwykle cierpią z powodu niegojących się ran, chorób naczyniowych utrudniających funkcjonowanie).
Garry kilkakrotnie ratował moje łamiące się na tutejszych wichurach parasolki, narzekając, że wybieram złe modele. Zanim wyszedł ze szpitala, podarował mi odpowiednią – małą, z grubymi drutami. Mam ją od roku i ma się dobrze, a przeżyła już sporo belfaskich nawałnic.
Są oczywiście nowi pacjenci, jak np. Rosa. Po amputacji powyżej kolana z powodu niegojącej się rany podudzia doszło do zainfekowania rany pooperacyjnej. Tygodnie leczenia antybiotykami dożylnymi, larwami, opatrunkami ssącymi nie zapobiegły ponownej sepsie i Rosie amputowano następną część nogi. Był to zabieg ratujący życie.
Pacjentka ma zaawansowany artretyzm, co powoduje problemy z poruszaniem się. Korzysta z elektrycznego wózka inwalidzkiego, ale robi to w bardzo ryzykowny sposób. Narzucony jej przez lekarzy i pielęgniarki rygor pozostanie w łóżku przez kilka dni po operacji przyniósł dobre efekty, rana zagoiła się bez następnej infekcji.
Niestety Rosie odmówiono wykonania sztucznej kończyny ze względu na zmiany w rękach i trudności w posługiwaniu się nimi. Po rehabilitacji i nauce przechodzenia z łóżka na wózek, korzystania z toalety itp., została wypisana do domu.
* * * W czasie jednego z dyżurów w jednym z belfaskich szpitalach (ostatnio współpracuję z agencją pielęgniarską) pacjentka z zaawansowanym nowotworem opowiedziała mi o polskiej studentce, która czasem u niej sprząta. Studentka, kiedy dowiedziała się o hospitalizacji, przesłała jej pudełko czekoladek.
Zostałam poproszona o przetłumaczenie krótkiego listu z podziękowaniami za pracę i prezent. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy nad ranem zobaczyłam pacjentkę śpiącą z moją kartką w dłoni. Powiedziała mi, że dopóki nie przepisze listu, nie wypuści go z ręki. Tak bardzo się cieszyła, że może przekazać studentce podziękowania po polsku.
Polacy, kiedy przychodzą na izbę przyjęć albo leżą na oddziale, niewiele rozumiejąc ze szpitalnej rzeczywistości też mają zdziwione miny, gdy pojawia się ktoś, kto zapyta po polsku o samopoczucie.
Na jednym z oddziałów poproszono mnie o poświęcenie kilku minut na rozmowę z polskim pacjentem. Nie mówił po angielsku, nie przyznawał do wcześniejszych problemów zdrowotnych, co utrudniało postawienie diagnozy.
Rozmowa po polsku miała być formą terapii. Pacjent otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, kiedy zaczęłam z nim rozmawiać, jeszcze bardziej, kiedy po dyżurze podrzuciłam mu polskie gazety i książki.
*** W ciągu tych dwóch lat pisałam też nieraz o nowych, niespotkanych w Polsce sytuacjach. Jedną z nich była terapia larwami. Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłam w zmianie takiego opatrunku, poruszające się w torebce larwy budziły we mnie obrzydzenie.
Ta metoda jest tutaj popularna i bardzo często zdarzało mi się takie opatrunki zmieniać. Larwy działają może nie w 100%, ale często widać efekty, a pacjenci chcą spróbować wszystkiego, zanim zgodzą się na amputację.
Czy uwierzycie, że dziwną sytuacją był też śnieg w styczniu tego roku? Kiedy zaczęło sypać, nie wiedziałam, jakie może przynieść konsekwencje. Faktycznie napadało go sporo. Wyszłam do pracy przed siódmą.
Już kiedy stałam na przystanku, coś mi nie pasowało. Dziwna cisza, całkowity brak ludzi i pojazdów na ulicach. Po jakimś czasie ruszyłam pieszo w stronę centrum. Spotkani ludzie wymieniali się wiadomościami z porannych dzienników. Okazało się, że wstrzymano autobusy!
Na szczęście mieszkam blisko stacji, z której jeżdżą pociągi w okolice mojego szpitala. Na oddziale okazało się, że wiele pielęgniarek nie dojedzie w ogóle, bo większość dróg jest całkowicie nieprzejezdna...
Odbyła się specjalna narada oddziałowych, jak rozdzielić personel, żeby na żadnym oddziale nie zabrakło pielęgniarek. Do tych, które dotarły, naczelna napisała list z podziękowaniami...
O śniegu w styczniu 2008 r. mówi się do dzisiaj, mimo że już po południu, wśród ogólnego aplauzu, zaczął padać deszcz. Kiedy to piszę, za oknem zmieniają się wszystkie pory roku – z wyjątkiem zimy.
W przebłyskach słońca wirują kolorowe liście, a na szybie połyskują kropelki deszczu. I taki ten Belfast właśnie jest.
Katarzyna Trzpiel KomentarzeBądź pierwszym komentującym ten materiał. |
|
||||||
|
||||||||
| UNIA EUROPEJSKA Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. ![]() |
||||||||