|
|
|
Nursing.com.pl - Wirtualny magazyn pielęgniarki i położnej |
|
|
|
|||
![]() |
Historia w życiu Irlandczyków
Nad rzeką Boyne w Irlandii, 11 lipca 1690 r., miała miejsce bitwa, w której wojska protestanckiego króla Anglii Wilhelma Orańskiego pokonały armię katolicką króla Jakuba II.
Anglicy cieszyli się, palili ogniska i świętowali zwycięstwo. Od tamtej pory w nocy z 11 na 12 lipca irlandzcy protestanci rozpalają ogromne ogniska, bonfire, a 12 lipca w całej Irlandii Północnej odbywają się marsze oranżystów, czyli stowarzyszenia protestanckiego.
Nocne świętowanie W nocy 11 lipca 2008 mam dyżur nocny. Ale już od kilku tygodni protestanccy mieszkańcy Belfastu przygotowywali się do tego dnia. Trzeba pamiętać, że Belfast podzielony jest religijnie. Główne wyznania to protestantyzm i katolicyzm.
Wszyscy zresztą na świecie przez wiele lat słuchali o krwawych zamieszkach, wybuchach bomb. Skrótów takich jak IRA nikomu nie trzeba tłumaczyć...Mimo zawieszenia broni i pokoju zawartego w 1998 r. nastroje panujące wśród ludności północnej części zielonej wyspy pozostają napięte.
Przygotowania do tych „świąt” to budowa ogromnych stosów. Do tego celu wykorzystuje się wszystko, co się da. Palety, łóżka, stare telewizory. Efekty są „niesamowite”. W ostatnich latach, jak mówi jeden z moich pacjentów, jest rywalizacja, kto zbuduje największy stos.
Ulice dzielnic protestanckich są obwieszone flagami Wielkiej Brytanii, wizerunkami królowej. W kioskach i sklepach można kupić niezliczone gadżety w kolorach pomarańczy i Wielkiej Brytanii. Około 22.00 stosy zostają podpalone. To oczywiście okazja do picia i rozrabiania. W wielu częściach Belfastu strzelają fajerwerki. Nawet z mojego, położonego na przedmieściach szpitala mogę je widzieć.
Rano Brenda, pielęgniarka, z którą miałam dyżur, podrzuca mnie do mojego wschodniego Belfastu. Od miejsca, w którym wysiadam, mam jakieś 10 minut spacerem do domu. Po drodze mijam trzy wypalone, ale jeszcze tlące się stosy, czerwone od żaru sprężyny, potłuczone szyby.
Wiatr roznosi popioły i smród. I chociaż na co dzień czuję się tu dobrze, dziś idę prawie biegiem. Nie podoba mi się to, co widzę i ciarki chodzą mi po plecach. Z ulic przecinających główną ulicę wyłaniają się ludzie śpieszący na paradę, która zacznie się około 10.00. Ach, jak dobrze, że jestem po nocy, rzucam się do łóżka, aby przeczekać gorący okres świętowania.
Dyżur nocny O 19.30 wychodzę na kolejną noc. Z powodu święta autobusy jeżdżą jak w niedzielę, czyli jeden na godzinę. Niestety, kiedy dojeżdżam do centrum, parada trwa w najlepsze. To już prawie 10 godzin!
I zła wiadomość jest taka, że mój autobus nie jeździ aż do zakończenia parady, czyli nie wiadomo której. Idę na przystanek za centrum. Mam nadzieję przeczekać ostatnie podrygi parady. Może uda mi się dotrzeć na czas.
Sytuacja mnie trochę przeraża. Tłumy, tysiące rozbawionych ludzi, często pod wpływem alkoholu (tutaj to taki normalny element życia społecznego), na ziemi walają się tony śmieci. Z oddali ciągle słychać walenie w bębny i flety.
Muzyka w życiu Irlandczyków jest bardzo ważna, nawet na co dzień podśpiewują tutejsze piosenki. Każda dzielnica ma swoje zespoły muzyczne. Parada powoli się rozsypuje. O 20.00 podjeżdża dziewiątka, szybko zapełnia się tłumem. Wesoły autobus powoli jedzie Lisburn Road, wyjątkowo zatrzymuje się na każdym przystanku. Tłumek w „double-decku”, czyli piętrusie, jest rozbawiony.
Wszyscy się tu znają, o mały włos nie przegapiam swojego przystanku. Jest już spokojnie, idę powoli do szpitala, rozkoszując się nagłą ciszą. Poranek Brenda znowu mnie podwozi. Jedziemy przez wymarły Belfast. O dziwo, po wczorajszym świętowaniu nie ma śladów, służby miejskie musiały mieć ciężką noc.
Na zakończenie naszego nocnego maratonu (trzy noce razem) Brenda podwozi mnie pod sam dom. Jestem jej bardzo wdzięczna. Jakoś dziwnie wygląda dzisiaj Belfast w porównaniu z ostatnimi dniami.
Mimo woli cisną mi się do głowy refleksje na temat ostatnich dni i godzin. Świętowanie, czemu nie? Jednak dziwnie wygląda świętowanie, gdy za przysłowiową ścianą mieszkają ci, którzy akurat nie mają czego świętować.
Parada, może to tylko moje odczucia, nie wyglądała pokojowo, walenie w bębny, nastroje tłumu, który jakby mówił, kto tu rządzi...
Nie wspomnę już o paleniu stosów. Chyba nikt o zdrowych zmysłach tej nocy nie wystawia nosa z domu, jeśli nie jest stąd i nie jest protestantem. W tak małej społeczności (niespełna 2 mln ludzi) większość to dobrze znane sobie rodziny. Każdy wie, kto jest z jakiego klanu, z których Mc....
Mimo rozejmu, nie wszyscy tolerują tych z innego kościoła. Do dzisiaj niektórzy starsi ludzie nie akceptują mieszanych małżeństw. Jedna z koleżanek opowiadała, że w jej rodzinie mieszane małżeństwo katolicko-protestanckie musiało wyemigrować, by móc spokojnie żyć.
Obrzucanie domu jajkami, wybijanie szyb, niszczenie samochodu – ot takie małe codzienne nieprzyjemności.
I przytoczę relacje koleżanki, Czeszki, którą spotkałam na zajęciach teatralnych. Kamila jest w Belfaście od 5 lat. Jej angielski jest bardzo dobry, jednak pozbawiony tutejszego charakterystycznego akcentu.
Jakiś czas temu jechała taksówką. Taksówkarz po wymianie grzeczności zaczął wypytywać o jej religię. Zgodnie z prawdą Kamila odpowiedziała, że jest niewierząca. Pan taksówkarz nie zaakceptował takiej wypowiedzi: „Musisz być kimś – protestantem albo katolikiem, nie możesz tak po prostu być nikim”.
Mnie już taka reakcja tubylców nie dziwi. To kraj, gdzie o religii i pochodzeniu się nie mówi lub mówi szeptem z zaufanymi osobami. Czy w takim razie rozejmy podpisane na wysokich szczeblach mają zastosowanie praktyczne?
Ile lat musi upłynąć, by ludzie, dziesiątki lat opuszczeni i zostawieni sobie samym z bombami i nienawiścią, nauczyli się tolerancji i akceptowania innych?
Belfast się zmienia. Nawet ja widzę ogromne zmiany, chociaż mieszkam tu dopiero 22 miesiące. Przybywa nowych budynków, osiedli, nowych ludzi z całego świata. Tubylcy chcąc nie chcąc, muszą się z tym pogodzić. Wielka Brytania, a więc i Irlandia Północna, jest na szlaku emigracyjnym całego świata.
Początkowo nieufni Irlandczycy powoli otwierają się na nas – obcych. Moi pacjenci czasem na początku swojego pobytu w szpitalu nie akceptują mnie – pielęgniarki z Polski.
Po kilku dniach, kiedy widzą, że nie zrobię im krzywdy i mówię w ich języku, a nawet jestem w stanie zrozumieć ich dziwny akcent, który zmienia ten język w całkiem inny, stają się niemalże moimi przyjaciółmi.
Katarzyna Trzpiel KomentarzeBądź pierwszym komentującym ten materiał. |
|
||||||
|
||||||||
| UNIA EUROPEJSKA Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. ![]() |
||||||||