|
Latająca ekipa
Znów zaczęły się letnie zastępstwa. I znów zadzwoniono do mnie ze szpitala Virgen de la Arrixaca z ofertą zatrudnienia. Zaczęłam pracę pod koniec maja i prawdopodobnie zostanę w tym szpitalu do emerytury, ponieważ mam już wystarczającą liczbę punktów na „bolsa de trabajo” (giełda pracy).
Szpital jest oddalony o 45 km od mojej Totany, bliżej miałabym do szpitala Rafael Mendez w Lorce – jednak z Arrixacą zawsze wiązałam swoją przyszłość zawodową. Czyli mam trochę szczęścia, bo wcale nie musiało tak być, równie dobrze mogli do mnie zadzwonić z innego szpitala.
Trochę uciążliwe jest jednak to, że jestem w tzw. equipo volante, co dosłownie znaczy „latająca ekipa”. W praktyce oznacza to, że każdego dnia mogę być oddelegowana na inny oddział, jeśli ktoś wypadnie z grafiku.
I tak w ciągu trzech tygodni zaliczyłam jedną internę, drugą internę, torakochirurgię, izbę przyjęć, pogotowie, onkologię, chirurgię położniczo-dziecięcą i transplantologię, na której już kiedyś pracowałam.
Sytuacja jest stresująca, bo codziennie lub co drugi dzień od nowa przeżywam „pierwszy dzień w pracy”. Każdego dnia przedstawiam się, opowiadam o sobie, mówię, skąd jestem, gdzie pracowałam. Później znów pytam, gdzie co leży, jakie panują na oddziale zwyczaje, co w czym się rozpuszcza, jak wypełnić dokumentację itd.
Po fantastycznych wspomnieniach z zeszłego roku, kiedy pracowałam tu na transplantologii, to był kubeł zimnej wody na głowę.
Pracę zaczęłam od dyżuru nocnego na internie. Koleżanka rzuciła mi zlecenia, powiedziała: „To są twoi pacjenci i do roboty! Pytaj, o co chcesz”. „No super!” – pomyślałam, tylko o co mam pytać, jeśli nie wiem, od czego w ogóle zacząć?
Koleżanka w sumie sympatyczna, ale prawdopodobnie widząc pielęgniarkę po czterdziestce, pomyślała, że ta musi mieć doświadczenie większe niż ona, więc nie będzie się rozdrabniać i wszystkiego po kolei tłumaczyć.
Tej nocy skoczyło mi ciśnienie
Jedna z licznych zasad, które wpojono mi w studium medycznym, brzmi: ja przygotowuję – ja podaję. Zawsze starałam się tej zasady trzymać, choć zdarzało się, że przygotowywałyśmy zlecenia wspólnie z koleżanką, a później wykonywałyśmy je, nie zważając na to, która konkretnie przygotowała antybiotyk czy wlewy dożylne.
Jednak w przypadku silnych leków raczej nie pamiętam, abyśmy w Barlickim na laryngologii łamały tę zasadę. Tutaj studentom pielęgniarstwa kładzie się do głowy te same zasady, ale już w praktyce wygląda to inaczej.
Miałam pacjentce podać morfinę dożylnie. Koleżanka, która po zmianie popołudniowej została na noc (17 godzin pracy), podała mi strzykawkę i mówi: „To jest morfina, którą przygotowałam po południu w takiej dawce, jaka jest w zleceniach dla twojej pacjentki. Podaj”.
Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Na strzykawce namazane markerem ClM, ręka mi zadrżała, podałam... Ale nie czułam się z tym dobrze. Nie chciałam urazić nowej koleżanki okazaniem braku zaufania, ale z drugiej strony…
Rozmawiałam o tym z innymi i okazało się, że każdy na moim miejscu podałby ten lek. Koleżanki tłumaczyły to w ten sposób: pracując w zespole, wykonując tak odpowiedzialną pracę, trzeba mieć do siebie nawzajem zaufanie.
Pracując na różnych oddziałach, codziennie przyswajam coś nowego. Całkiem niedawno (w zeszłym roku) opanowałam posługiwanie się automatycznymi lancetami jednorazowymi i myślałam, że w kwestii pomiaru poziomu glukozy nic mnie już nie zaskoczy, a jednak! Na internie zobaczyłam kolejny model glukometru ze skanerem.
Znów instruktaż, pierwsze próby, skanowanie kodów paskowych, przesyłanie danych do bazy. Kolejny glukometr opanowany. Z aparatami EKG to dopiero zabawa! Każdy inny, co jeden – to lepszy, elektrody poklejone plastrami i wszystkie czarne, piętnaście przycisków i bądź tu człowieku
mądry! Sprzęty do monitorowania to samo, system kontroli wydawania leków, poczta pneumatyczna, dokumentacja, protokoły! Na samą myśl o tym wszystkim kręci mi się w głowie.
Budapeszt to piękne miasto
Pewnego popołudnia pielęgniarz Andres tłumaczył mi wszystko z dużym zaangażowaniem. Kiedy przystąpił do pobierania krwi u pacjentki, zacisnął stazę, spojrzał na mnie i mówi: „Najpierw trzeba znaleźć żyłę…” Powiedziałam: „Tak? Coś podobnego! Dzięki, zapamiętam!”.
Roześmieliśmy się obydwoje, a ponieważ pacjentka miała żyły bardzo „trudne”, zaczęliśmy próbować na obu rękach. Tylko mnie się udało!
Innym razem koleżanka Encarna na izbie przyjęć, czymś w rodzaju polskiego SOR, gdzie są cztery boksy po sześć łóżek, zaczęła mi tłumaczyć coś zupełnie oczywistego tak głośno, że słychać ją było na całym oddziale. Dopiero inna pielęgniarka przywołała ją do porządku, mówiąc: „To, że ona (czyli ja) jest cudzoziemką, nie znaczy, że jest głucha”.
Jedna z koleżanek, auxiliar (asystentka pielęgniarska), kiedy przedstawiłam się i powiedziałam, że jestem Polką, mówi: „Och! Doprawdy? Słyszałam, że Budapeszt to bardzo piękne miasto!”.
Często wchodzę na jeden z bardziej znanych portali pielęgniarek i położnych, gdzie wystarczy włożyć kij w mrowisko i natychmiast rodzi się zagorzała dyskusja na temat kształcenia, studiów pomostowych, kwalifikacji, kursów, izb pielęgniarskich, mundurów galowych i tego, kto lepszą „dostał szkołę”.
Taka szkoła, jaką ja dostaję tu, na obczyźnie, przydałaby się wielu polskim pielęgniarkom. Po trzech tygodniach takiego trybu pracy jestem solidnie zmęczona. Ale nie narzekam, bo wiem, że wyjdzie mi to na dobre.
Kiedy już wreszcie osiądę na którymś oddziale na dłużej, będę pracować z poczuciem pewności siebie i tego, co robię. Będę tak przeszkolona, że niewiele sytuacji będzie w stanie mnie zaskoczyć.
Renata Smela KomentarzeBądź pierwszym komentującym ten materiał. |
|
||||||
|
||||||||
| UNIA EUROPEJSKA Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. ![]() |
||||||||