Pielęgniarki Położne

Nursing.com.pl - Wirtualny magazyn pielęgniarki i położnej

Logowanie

 
W najnowszym numerze
W najnowszym numerze
szukaj

Mija rok

Zima
Właśnie zaczyna padać śnieg. Zjawisko niezwykłe na Zielonej Wyspie. Zanim dotrę do domu, biały puch pokrywa Belafast.

 

Wkoło biegają podekscytowani ludzie z aparatami fotograficznymi, dzieciaki tarzają się w śniegu, lepią bałwany.

 

Trochę mnie to rozśmiesza, bo czy w Polsce ktoś z nas tak reaguje na śnieg? (Po paru godzinach nie ma po nim śladu).

 

Wiosna
To nieprawda, że w Irlandii ciągle pada. Dziś od rana świeci słońce i chociaż właśnie skończyłam czwartą pod rząd nockę, wiem, że długo nie pośpię – to Paddy’s day, dzień św. Patryka, narodowe święto Irlandii (17 marca).

 

Jak Wyspa długa i szeroka będą maszerować parady, a piwo w pubach będzie lać się strumieniem. Lecę do domu, nastawiam budzik na 10:45 i rzucam się do łóżka.
 

Parada wyrusza z centrum o 12:00, nie jest wielka, ale za to głośna i kolorowa. Poprzebierane dzieciaki hałasują, a niezliczone ilości św. Patryków i węży kołyszą się w rytm bębnów i flecików.

 

O 13:00 jest już po wszystkim. Postanawiamy z przyjaciółmi poświętować po irlandzku, czyli przejść się po pubach. Tego dnia wszędzie serwują guinnessa z koniczynką na piance.

 

Po zwiedzeniu barów jedziemy nad morze. Zachodzące słońce oświetla brzeg Morza Irlandzkiego, zimny wiatr zawodzi, odbijając się od stromego brzegu.

 

Szum morza, muszle i ważne rozmowy o niczym. To trzyma nas przy życiu na emigracji.
 

Krótko byłam w domu w Warszawie. Pierwsze dni po powrocie zawsze są trudne, zanim wpadnie się w emigracyjną rutynę. Dziś ma występ nasza emigrancka trupa teatralna.

 

Krótkie dramy są podsumowaniem rocznych warsztatów.

 

Na spotkaniach układaliśmy w jedną całość nasze historie; każdy ma przecież inne powody, dla których wyjeżdża, inne doświadczenia z emigracji. Na przedstawienie składają się więc różne opowieści.

 

Dziewczyna z obsługi tutejszego McDonalda, Murzynka, zagadała do dziecka i pogłaskała je. Ojciec zrobił awanturę, po której straciła pracę. Dużo jeszcze wody upłynie, zanim Irlandia w pełni zaakceptuje przybyszów z innych krain...
 

Dostajemy zaproszenie na dzień integracji mniejszości narodowych z mieszkańcami Irlandii Północnej.

 

Wczesne lato
Wolny dzień, jedziemy na północne wybrzeże. Śniadanie nad oceanem: słońce grzeje niewiarygodnie, lekka bryza powiewa znad oceanu.

 

Kanapki z salami nigdy nie smakowały tak bosko. Chodzimy po klifach, pod nami buzują turkusowe fale, wielkie mewy kołyszą się na ich grzbietach. Bajka.

 

Po tym niesamowitym dniu wolno wracamy do miasta, drogę tarasuje nowoczesny pasterz: jedzie terenowym samochodem, poganiając owieczki.
* * *
Przyjaciele pamiętali o moich urodzinach. W prezencie dostaję kubek „I’m not 40. I’m 18 with 22 years experience” (Nie mam 40 lat, mam 18 i 22 lata doświadczeń).

 

No, naprawdę mnie wzruszyli.Wypijamy toast za następne 40, zajadamy się miętowymi lodami z czekoladą i polskimi truskawkami.
* * *
Długo planowana podróż do klifów Moheru. Bogate plany i tylko dwa dni na ich realizację: chcemy dojechać do zachodniego wybrzeża i na południe wzdłuż oceanu.

 

Po drodze zahaczamy o cmentarzysko sprzed tysięcy lat. W deszczu, który się nasila, kamienie robią przygnębiające wrażenie. Wieczór spędzamy... w pubie.

 

Chyba upodabniamy się do tubylców To niesamowite, że w tak małych miejscowościach jest tak dużo pubów.

 

Pogoda zmusza do zmiany planów, klify Moheru zostają na następny raz, pozostaje zwiedzanie miasteczka Galway. Jest niesamowicie barwne i artystyczne.

 

Jesień
Dziś otwarcie wystawy prac Andrew (czytaj MPiP nr 3/09). Andrew był naszym pacjentem przez kilka miesięcy w zeszłym roku, teraz jest w gorszym stanie.

 

Leży już kilka miesięcy, nie wiemy, kiedy wróci do domu.

 

Warsztaty malarskie organizowane przez ArtsCare są dla niego zbawczą terapią, oderwaniem od długich godzin samotności w małej izolatce.

 

Jego obrazy są pełne kolorów, połączeniem wspomnień i wyobraźni.
* * *
Prosto po lekcji angielskiego lecę na dyżur, dochodzi 14:00. Woda leje się z nieba, mijające samochody oblewają mnie fontannami, zanim dotrę do szpitala, jestem całkiem mokra.

 

Zmieniam mokre skarpety na suche i do roboty. Pacjentka jest smukłą, siwowłosą lady, otuloną liliową chustą. Pasuje do niej jej imię, Heather, Wrzos.

 

Miała dziś być wypisana do domu, ale nie przyjechała zamówiona karetka. Nie podoba mi się jej oddech, ale na wszystkie pytania odpowiada, że czuje się dobrze.

 

Na wszelki wypadek wołam lekarza, który stwierdza zapalenie płuc. Zakładam wkłucie, podaję antybiotyk, Heather nie chce jeść ani pić, dostaje kroplówkę.

 

Próbuję wmusić w nią kilka kęsów obiadu, zgadza się na lody. Ok, niech będą lody. Heather bardziej udaje, niż je. Uśmiecha się za to tak ujmująco, że nie zamierzam z nią walczyć.

 

Jest jak dziewczynka, z którą mamy wspólną tajemnicę: nie powiemy nikomu, że nie zjadła obiadu, ale za to obiecuje, że zje kolację.
 

Robi się późne popołudnie, robię zlecenia, a kiedy po jakimś czasie zaglądam do Heather, w jej płucach słyszę całą orkiestrę dętą, sprawdzam parametry, nie mogę oznaczyć saturacji.

 

Rozcieram jej zimne dłonie opatulam kocem. Proszę lekarza, żeby do niej zajrzał, ale na razie jest zajęty. Sprawdzam parametry co pół godziny, rozmawiamy.

 

Heather jest przemiła, cały czas żartuje, że wszystko przez tę karetkę, co miała przyjechać, a nie przyjechała. Kiedy na salę wchodzi lekarz, Heather przestaje żartować, przestaje w ogóle mówić.

 

Wołam ją po imieniu, ale jej utkwione we mnie oczy nic nie widzą. Szybko robimy EKG, ściągamy zespół reanimacyjny, wszystko toczy się teraz gwałtownie jak lawina, szum, głośne polecenia.

 

Tylko Heather w tym całym zamieszaniu spokojna – i nagle wszystko zamiera. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
 

Stoję na przystanku, deszcz pada tak samo jak siedem godzin temu – jakby się nic nie zdarzyło. Świat spowiła noc i gęste chmury.

 

Zima
Dziś na oddziale Christmas Party. To już trzecie moje Boże Narodzenie na Wyspie. Już nie dziwi ani indyk zamiast karpia, ani deszcz zamiast śniegu.

 

Na oddział przynoszę sernik, ten, który uwielbiają moje córki. Na stole są już potrawy z różnych stron świata, kurczaki po indyjsku, irlandzkie babeczki bożonarodzeniowe, krążki cebuli z ognisto-słodkimi przyprawami z Filipin.

 

Mnóstwo ludzi, głośna muzyka. A mnie jak zawsze jest smutno, bo dzieje się coś, czego nie mogę dzielić z bliskimi. Biorę na talerzyk mój polski sernik i idę do Andrew.

 

On świetnie wyczuwa mój nastrój. Siedzimy w ciszy przez chwilę, po czym Andrew mówi, że tego pysznego ciasta to on by jeszcze...więc przynoszę następny kawałek.

 

Przyjęcie pomału się kończy, wracamy do pracy, a moje emocje na swoje miejsce.
* * *
Ostatni przed wyjazdem na święta dyżur mija szybko. Spakowana waliza już czeka gotowa do drogi. O 1:00 w nocy mam autobus do Dublina, o siódmej rano samolot do Warszawy.

 

To będzie moje pierwsze Boże Narodzenie w domu, od kiedy przyjechałam do Irlandii.
W Warszawie na lotnisku czekają moi najbliżsi.

 

Jestem wykończona, prawie zasypiam na stojąco. Budzę się po kilku godzinach, w tym czasie moje córki upiekły świąteczne ciasta i ubrały choinkę.

 

Nie mogę uwierzyć, jest tak pięknie, a ja jestem dziś najszczęśliwszą osobą na świecie.
 

Katarzyna Trzpiel, Belfast

Oceń
  • Currently 1.5/5 Stars.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyślij znajomemu
Wpisz adres e-mail osoby, do której chcesz wysłać informacje.

Informacja

Zaloguj się aby dodać komentarz.



szukaj
Materiały filmowe Zobacz więcej
DSC_2085

DSC_2085

Data: 10.01.2011

ISSN 2083-7852
Projekt i realizacja
UNIA EUROPEJSKA

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.