|
Wreszcie zacumowałam na dłużej
Wreszcie zacumowałam na dłużej w porcie o nazwie Reanimación Materno -Infantil, czyli sala pooperacyjna położniczo-pediatryczna.
Zawsze mówiłam, że nie mam predyspozycji do pracy z dziećmi.
Od czasu praktyk na hematologii dziecięcej w szpitalu na Spornej w Łodzi uważałam, że nie będę mogła pracować z chorymi, cierpiącymi dziećmi, ale nigdy bym nie przypuszczała, że to niekoniecznie będzie zależało od moich decyzji.
Próbowałam, w rozmowie z naczelną broniłam się jak mogłam, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko: „nie przejmuj się, spodoba ci się”. Może można się jakoś przyzwyczaić, uodpornić... mnie na razie przychodzi to bardzo ciężko.
Na szczęście zazwyczaj jestem na odcinku dla dorosłych, gdzie mam tylko zdrowe dzieciaczki urodzone przez cesarskie cięcie, ich szczęśliwe mamy i kobiety po zabiegach ginekologicznych.
Pracuję na kosmiczym sprzęcie, którego działanie i możliwości opanowałam może w 20%, na tyle na ile potrzebuję aby wykonywać moje obowiązki.
Dziś kolega, który pracuje na tym sprzęcie od roku, stwierdził, że wszyscy powinniśmy odbyć kurs jego obsługi, bo nawet anestezjolodzy nie są w tym kierunku przeszkoleni.
Kiedy monitor pokazuje nie to, czego od niego oczekujemy, i włączają się alarmy i różne dziwne dźwięki, zaczynamy wciskać wszystkie możliwe przyciski z nadzieją, że znajdziemy opcję, której szukamy!
Pracuję, uczę się, porównuję warunki pracy w Polsce, najbardziej chyba jednak interesuje mnie proces kształcenia hiszpańskich pielęgniarek i ich wysoki poziom wiedzy i kompetencji, którym się tak przechwalają i który kiedyś wbijał mnie w kompleksy… Dziś coraz częściej wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
Hiszpańskie pielęgniarki i pielęgniarze dzielą się na tych, którzy są zainteresowani pracą, dociekliwi, poszerzają wiedzę praktyczną (z teoretyczną już gorzej), i na takich, którzy uważają, że wiedzą już wszystko i myślą tylko o tym, jak się tu wygodnie ustawić, wykonać swoje minimum i ewentualnie wykorzystać innych – zwłaszcza tych nowych, gorliwych i naiwnych.
Jak widać, podobieństwo do polskiego środowiska pielęgniarskiego jest wręcz uderzające, chociaż nie mogę powiedzieć, aby mnie ten problem kiedykolwiek dotknął osobiście.
Komputerowy erudyta
Moi „compañeros” o nic nie pytają, ale za to wiedzę, którą sami posiadają, potrafią mocno wyeksponować. Jeśli czegoś nie wiedzą, to natychmiast siadają do komputera i szukają ratunku w internecie.
Nie dalej jak wczoraj mieliśmy planowy zabieg u dziewczynki z rozpoznaniem Pilomatrixoma gigante, przy czym w planie zabiegów napisano z błędem „pilomatrixona” przez „n”.
Zapytałam kolegę, który pracuje na bloku operacyjnym (wstawał właśnie od komputera), co to jest ta pilomatrixoma? Wyjaśnił mi mniej więcej o co chodzi tonem człowieka tak pewnego tego, co mówi, jakby co najmniej raz w tygodniu instrumentował do takiej „pilomatrixomy”.
Postanowiłam jednak poszerzyć te informacje i poszukać jeszcze w intenrecie – i przypadkiem odkryłam, że po tych samych stronach surfował przed chwilą mój kolega i stąd ta jego „erudycja”.
Innym razem nie wiedziałam, co to „lues”. Położna poprosiła mnie o pobranie krwi na „lues” i sobie poszła. Krew pobrałam, a na małej karteczce dużymi literami zapisałam to hasło, żeby sprawdzić w wolnej chwili, i zostawiłam ją na biurku.
Poprosiłam studentkę pielęgniarstwa, która siedziała przy komputerze, żeby sprawdziła, niestety w tym momencie nie było połączenia z siecią i moja karteczka leżała dalej na biurku. Zbliżał się koniec dyżuru, w pokoju zebrało się kilka pielęgniarek, studentek.
Przyszedł też anestezjolog, bardzo oryginalny gość ze specyficznym poczuciem humoru i tak donośnym głosem, że obudziłby każdego pacjenta z najgłębszej narkozy. Zapytał studentki, co znaczy ta kartka. Ta oczywiście odpowiedziała mu, że to Renata zapisała, bo pobrała krew i nie wie na co.
Na to doktor zaczął się śmiać, a kiedy przyszłam przeprowadził mi cały wykład na temat syfilisu i różnych innych nazw, którymi określa się tę chorobę. Żartom i salwom śmiechu nie było końca.
Ja – extranjera (obcokrajowiec), mogę nie znać za dobrze języka, w Polsce łacińskiej nazwy praktycznie się nie używa, badanie w kierunku kiły nazywano kiedyś WR, nawet nie wiem, czy jeszcze się je wykonuje. Kiedyś z pewnością słyszałam nazwę „lues”, ale tak jak wiele innych po prostu zapomniałam.
Wiem, bo jestem polską pielęgniarką
Takich kwiatków mam więcej, niektóre tak osobliwe, że nie bardzo nadają się do przytoczenia na łamach poważnego pisma zawodowego. Może jestem okropna, ale gdzieś w głębi duszy cieszą mnie niektóre potknięcia i gafy moich koleżanek, a tym bardziej zarozumiałych kolegów.
To chyba dlatego, że tyle było hałasu o ten ich wysoki poziom, a mnie niejednokrotnie dawano do zrozumienia, że mogę sobie nie poradzić. Słyszałam to i w tutejszym ministerstwie, i na uniwersytecie.
Kiedyś w pracy w domu opieki – a i teraz w szpitalu często wypytują mnie, czy w Polsce pielęgniarka podaje leki dożylnie i przetacza krew. Im dalej wnikam w to środowisko, tym więcej widzę w nim problemów, niedoskonałości, układów, braku koleżeństwa.
Ale to absolutnie nie oznacza, że krytykuję i narzekam. Jestem najszczęśliwszą pielęgniarką pod słońcem i mam nadzieję, że w tym stanie szczęśliwości jakoś dobrnę do emerytury!
Renata Smela KomentarzekontaktDzien dobry, czy mogłabym prosić o adres mailowy do Pani? Pozdrawiam serdecznie HiszpaniaPiszesz swietne artykuly,czytam jak znajde chwile czasu.Ja tez mieszkam w Hiszpanii,jestem polozna,i staram sie o uznanie moich kwalifikacji zawodowych.Jestem ciezko przestraszona,bo mysle ze nie poradze sobie tutaj tym bardziej ze mam troche przerwy wiadomo emigracja. Tym co piszesz dodajesz mi otuchy.Pozdrawiam |
|
||||||
|
||||||||
| UNIA EUROPEJSKA Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. ![]() |
||||||||