szukaj
Materiały filmowe Zobacz więcej
DSC_2085

DSC_2085

Data: 10.01.2011

W najnowszym numerze
W najnowszym numerze
REKLAMA
szukaj

Być położną w Irlandii

Słowa kluczowe: położna, Irlandia, praca za granicą

 

Piękny wiosenny poranek. Jadę do pracy do Szpitala Specjalistycznego Św. Zofii w Warszawie. W głowie kłębią się myśli... Radość, że nareszcie dostałam posadę położnej za granicą, wątpliwości co do mojej angielszczyzny i tego, czy dobrze robię. Decyzja jest już jednak podjęta. Opowiem Wam, jak to się stało, że przeniosłam się do Cork.


Pierwsze interview w Dublinie nie poszło mi najlepiej, powodem była moja, oględnie mówiąc, niedoskonała angielszczyzna. Druga kwestia, która nie daje mi spokoju, to sama oferta pracy. Dlaczego zaproponowali mi salę porodową? Nikt ze szpitala w Cork ze mną nie rozmawiał, a w CV napisałam przecież, że pracowałam tam przez pół roku i to 11 lat temu! Co robić? Wiem, że to ostatni dzwonek na taki wyjazd… Mam 34 lata, więc z każdym rokiem będzie mi coraz trudniej. W Polsce pewnie języka angielskiego już bardziej nie poprawię.


Podejmuję więc decyzję: jadę.
Coraz więcej myśli kłębi mi się w głowie... Co prawda agencja, która pomogła mi znaleźć pracę, jest sprawdzona, ale niepokoi mnie to, że nie znam zakresu samodzielności położnej na sali porodowej w Irlandii. Nie wiem, czy wystarczy moje 6 lat praktyki w warszawskiej Św. Zofii , 6 miesięcy na sali porodowej w Szpitalu Klinicznym im. Księżnej Anny Mazowieckiej przy ul. Karowej w Warszawie i pół roku w poradni laktacyjnej Instytutu Matki i Dziecka.

 

Wiem za to, że Irlandia to nie koniec świata (tylko 3 godziny lotu z Warszawy) i że tak naprawdę, to lecę w nieznane. Nie znam szpitala, nie znam osób, u których będę wynajmowała pokój, boję się o mój angielski – radzę sobie w trakcie zwykłej rozmowy, ale czy to wystarczy do pracy w szpitalu, gdzie potrzebne jest słownictwo medyczne? Pewne jest jedno, to nie fikcja – podpisałam przecież kontrakt. Wszystko musi być dobrze.


19 czerwca 2007 r. mój samolot ląduje na lotnisku w Cork. Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu. Zmaganie się z językiem i praca w Cork University Maternity Hospital na sali porodowej. Pierwsze kroki po wylądowaniu kieruję do Ballincoling – domu, w którym będę mieszkała przez pierwsze tygodnie. Poznałam współlokatorki, wypiłyśmy herbatę i jadę do szpitala. W torebce mam notes z zapisanym nazwiskiem osoby, z którą mam się kontaktować. Kiedy wylądowałam w Od Cork, padało – pada i teraz. Wkrótce przekonam się, ze deszcz w różnej jego postaci – od mżawki po ulewny – będzie moim nieodłącznym towarzyszem życia na Zielonej Wyspie.
Z bijącym sercem dojeżdżam do szpitala.


Ładny, nowy budynek, otworzony pod koniec marca 2007 r. Pierwszym dzieciątkiem, które się tu urodziło, był mały Polak. Zresztą Polaków w Cork jest dużo, więc i rodzących Polek też. Okazuje się, że to dzięki naszym dziewczynom oraz innym Europejkom z tzw. Wschodniej Europy oraz Afrykankom i Hinduskom w całej Irlandii coraz więcej mam karmi piersią! W ogóle polska pacjentka jest ceniona (jeśli w ogóle można tak powiedzieć o pacjencie). Dlaczego? Ponieważ najczęściej jest mało wymagająca, rodzi, nie biorąc znieczulenia i na dodatek robi to bardzo szybko i ,,ładnie”, jak określają to irlandzkie położne. Lekarze chwalą Polki oraz inne Europejki z tzw. Wschodniej Europy za ich… czystość.

 

Z czasem dowiedziałam się, w czym tkwi sekret porodów naszych dziewczyn. One po prostu boją się znieczuleń, są też niepewne irlandzkiej opieki położniczej. Pierwszy okres porodu spędzają w warunkach domowych, a do szpitala trafiają z co najmniej 4-7 cm rozwarcia. Jednak i to się zmienia. Coraz więcej polskich dziewczyn decyduje się na znieczulenie. Pewniej wyrażają swoje oczekiwania co do pozycji porodowych czy korzystania z różnych form łagodzenia bólu. Jednak cały czas, prawie wszystkie, karmią piersią.


Budynek szpitala na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo duży. Położniczy połączony jest jednak ze szpitalem ogólnym, stąd takie wrażenie. Docieram na recepcję. Lekko drżącym głosem proszę o kontakt z wcześniej umówioną osobą. Wychodzi po mnie miła pani, jedziemy na ostatnie piętro, gdzie mieści się kadra kierownicza oraz sale wykładowe, bo jest to szpital kliniczny. Zaskakuje mnie ciepło, z jakim jestem przyjęta. Po krótkiej rozmowie przechodzimy do konkretów. Dowiaduję się, że pracę zaczynam od jutra. Sama muszę kupić sobie mundurek (biała góra i ciemnogranatowe spodnie). Położna nie może nosić spódnicy. Obuwie musi zakrywać palce i być granatowe lub czarne. Po tym spotkaniu mam już pewność, że mój angielski nie jest wystarczający. Nikt mi tego nie powiedział, ale i tak to wiem. Nie zrozumiałam wszystkiego. Czeka mnie ciężka praca nad językiem.


Jeszcze tego samego dnia jadę do miasta, by kupić mundurek. Po drodze muszę jeszcze dostarczyć dokumenty do kadr, które mieszczą się w innym miejscu, znacznie oddalonym od szpitala. To duży kłopot dla osoby, która nie zna miasta. Potem, pełna wrażeń, wracam do mojego nowego mieszkania. A na dworze ciągle pada...
 

To ma być mój pierwszy dzień w pracy.
Budzę się za wcześnie. Na dworze jest już jasno, choć pochmurno. Słyszę deszcz uderzający o parapet. Zimne powietrze rozbudza resztki śpiącego umysłu. Czy to możliwe, aby w drugiej połowie czerwca było tak zimno? O śniadaniu nie ma mowy – za dużo emocji, bym mogła coś przełknąć. Na przystanku czeka już grupka ludzi. O dziwo, są ubrani w ubrania robocze. Wśród malarzy, murarzy, tynkarzy, care asystentek, zauważam młodą dziewczynę w takim samym mundurku, jaki od dziś będę nosiła i ja.

 

W szpitalu jestem za wcześnie. Muszę poczekać na Ruth, którą poznałam już wczoraj, a która dziś ma mnie zaprowadzić na oddział i przekazać pod opiekę oddziałowej bloku porodowego. Stajemy przed dużymi drzwiami. Jakie jest moje pierwsze wrażenie? Zaskakuje mnie długość korytarza, mnóstwo pomieszczeń i cisza. Z czasem nie będzie mnie już dziwić wielkość bloku. W 2008 r. w tym szpitalu przyszło na świat 8 tys. nowych obywateli różnych narodowości, religii i kultur. W 2009 r. było już 9 tys. porodów. Bywają dni, kiedy pacjentka musi poczekać kilka godzin w sali porodowej, zanim zostanie przekazana na położnictwo.


Podchodzimy do konsoli położnych. Ponieważ jesteśmy już po ósmej, każda położna ma już przydzieloną pracę . Te, które nie mają pacjentek, uzupełniają wolne sale. Z reguły na jednym dyżurze na bloku porodowym pracuje 11-12 położnych, plus 4-5 na bloku operacyjnym, gdzie wykonywane są cięcia cesarskie i zabiegi położnicze, 3 na ginekologicznym i 2 na sali pooperacyjnej. Zostaję przydzielona do jednej z położnych, która nie ma pacjentki, a oddziałowa idzie z lekarzami na obchód. Mary dużo mówi, a ja rozumiem co drugie zdanie. Jej to jednak nie zraża. To od niej dowiaduję się, że kadrę tego szpitala stanowi staff z trzech szpitali, które były w Corku przed otworzeniem obecnego.

 

Blok porodowy składa się z 11 sal porodowych, w tym jedna do porodu bliźniąt, plus tzw. pool room. Jest tam duża specjalna wanna i kącik dla noworodka. Pacjentka spędza tam tylko pierwszy okres porodu. Sam poród odbywa się w sąsiedniej sali (porody do wody są w Irlandii zabronione). Dodam, że w wypadku bliźniąt do porodów drogami natury kwalifikowane są te pacjentki, u których częścią przodującą u pierwszego bliźniaka jest główka, drugi może być w ułożeniu podłużnym pośladkowym (nie może być w ułożeniu poprzecznym).

 

Drogami natury rodzą również pacjentki, dla których ciąża bliźniacza jest ciążą pierwszą. Każda ciąża w położeniu podłużnym pośladkowym jest kwalifikowana do planowego cięcia cesarskiego. Jedynie raz udaje mi się zobaczyć poród pośladkowy drogami natury u pacjentki będącej w trzeciej ciąży (po jednym cięciu cesarskim i drugim porodzie drogami natury). Pacjentka przyszła z pełnym rozwarciem, a pośladki dziecka były zaawansowane w kanale rodnym. Urodzenie czterokilowego chłopca zajęło jej 15 minut!


Razem z Mary będziemy sprawdzać kącik noworodkowy: butlę z tlenem, ssak, działanie wskaźnika ciepła (sprawdzenie daty ważności leków odbywa się raz w tygodniu, najczęściej w weekend). Z kącika przechodzimy do szafy, gdzie widać duże braki. Trudno się dziwić, w nocy było 12 porodów. Mary robi listę rzeczy potrzebnych i z wózeczkiem udajemy się do magazynu.
Uważnie oglądam sale porodowe.


W każdej znajduje się toaleta z prysznicem i kącik dla noworodka, wyposażony w sprzęt do reanimacji i resuscytacji. Dziecko wymagające opieki neonatologicznej po porodzie jest przewożone cieplarką z zabezpieczeniem tlenu do oddziału noworodkowego, który mieści się na tym samym piętrze. Muszę przyznać, że umieszczenie bloku porodowego, operacyjnego i oddziału noworodkowego na jednym poziomie jest dobrym rozwiązaniem, szczególnie w sytuacjach wymagających szybkiej interwencji.
 

Na każdej sali porodowej znajduje się również wózeczek dla dziecka, zestaw porodowy, szafa z potrzebnymi przy porodzie rzeczami (leki, płyny, igły strzykawki, jednorazowa bielizna, wkładki, jednorazowe podkłady, zestaw do cewnikowania, cewniki itd.), wózek z wyposażeniem do znieczulenia. W latach 2008-2010 były używanie jednorazowe zestawy do porodu. Na skutek recesji wrócono do narzędzi wielokrotnego użytku, wysyłanych do sterylizacji.


Łóżka porodowe, mimo szeregu udogodnień i możliwości przyjęcia różnych pozycji, są mało wykorzystywane. Związane jest to z dużą ilością znieczuleń zakładanych na życzenie pacjentki (ok. 60-65% rodzących), co oznacza poród spędzony w łóżku porodowym ze zmianą pozycji z jednego boku na drugi i ewentualnie na siedzącą. Jednak trafiają się i położnicze perełki. Wtedy mogę przyjąć poród w pozycji klęczącej, a nawet stojącej, zdarza się, że i w toalecie. Lubię przyjmować w tych pozycjach, choć wiem, że nie są one dla wszystkich pacjentek. Jednak mając kobietę pod opieką przez pewien czas, mogę zorientować się, jaka jest jej dojrzałość porodowa i zdecydować, czy do takiego porodu się nadaje.


 Na każdej sali porodowej znajduje się telefon. Dzięki niemu, nie opuszczając rodzącej, mamy kontakt z lekarzem. Na początku mojej pracy to on spędzał mi sen z powiek. Koszmarem było wyjaśnienie lekarzowi, dlaczego go potrzebuję, co się dzieje. Musiałam koncentrować się na tym, by zrozumieć, co mi przekazuje. Najbardziej bałam się, gdy miałam prywatną pacjentkę, choć je zaczęto mi przydzielać dopiero po półtora roku pracy. W Irlandii można wybrać prywatną opiekę w ciąży, którą sprawują konsultanci. Cały poród prowadzi położna. Konsultant przychodzi w drugim okresie, gdy główka jest już widoczna lub gdy sytuacja wymaga interwencji lekarza. Podczas weekendu przeważnie jest jeden konsultant „on call”. Tym samym pacjentka nie jest nigdy pewna, czy to akurat jej lekarz będzie przy porodzie.

 

Zbliża się godzina 10:00. Mary prowadzi mnie do tea room.
W tym pokoju personel może spokojnie wypić herbatę, zjeść obiad. Położne mają trzy przerwy – dwie po 30 minut i jedną 45-minutową na obiad. Jest to dobry czas na regenerację sił. Szczególnie, gdy ma się za sobą ciężki poród.


Po przerwie Mary dostaje pacjentkę, która okazuje się pierwiastką. Ma 4 cm rozwarcia i życzy sobie znieczulenie. Mary przynosi leki: 3 ampułki fentanylu. Przygotowuje litr płynu, wiesza go na stojaku. Pytam ją, czy mogę założyć wkłucie dożylne (mogłabym pokazać, że coś potrafię). Wyjaśnia mi , że nie jest to moja praca. Założy je lekarz anestezjolog. To on podłącza też płyn. Znieczulenie zajmuje mu 10 minut, wtedy pacjentka kładzie się na jeden bok, by po 10-15 minutach zmienić pozycję na drugi bok.

 

Mary mówi jej, że wtedy znieczulenie będzie działało jednakowo po obu stronach. Po 30 minutach Mary przygotowuje zestaw do cewnikowania. Od tej pory pacjentka spędzi w łóżku następnych kilka godzin – najpierw na sali porodowej do momentu porodu i ok. 2 po porodzie. Następne 8 spędzi w łóżku na oddziale położniczym.
Jeszcze jedna przerwa i zbliża się godzina szesnasta. Kończę swój pierwszy dzień. Pełna wątpliwości, czy mnie nie odeślą do domu, wracam do Ballincoling. A na dworze ciągle pada.

 

Dorota Wolak

 

Artykuł pochodzi w Magazynu Pielęgniarki i Położnej, numer 7-8.2011

 

Źródło: Magazyn Pielęgniarki i Położnej Nr 7-8.2011
Autor: Dorota Wolak
Data dodania: 2011-08-07 17:41:47
Data modyfikacji: 2019-06-15 17:17:56
Oceń
  • Currently 1.5/5 Stars.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyślij znajomemu
Wyślij znajomemu
Wpisz adres e-mail osoby, do której chcesz wysłać informacje.

Informacja

Zaloguj się aby dodać komentarz.



Komentarze

polozna w Cork

w pelni sie zgadzam z kolezanka polozna.ja pracuje w szpitalu klinicznym w Coombe w Dublinie i jest bardzo podobnie.Coraz trudniej jednak naszym rodaczkom dostac prace w Irlandii,w przeciagu kilku lat wydzial poloznictwa stal sie b.popularny. Widac to,ze preferuja swoich studentow

REKLAMA
 
 
ISSN 2083-7852
Projekt i realizacja
UNIA EUROPEJSKA

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.